February 2, 2026

POLACY OCENILI WETO NAWROCKIEGO. JASNY SYGNAŁ W SPRAWIE „USTAWY ŁAŃCUCHOWEJ”

Czasem polityka wygląda jak wielka gra w szachy, a czasem jak rozmowa przy płocie: krótko, konkretnie i na temat. I dokładnie tak odebrałem najnowsze wyniki sondażu dotyczącego tzw. „ustawy łańcuchowej”. Niby sprawa jest formalna, bo chodzi o przepisy, weto i dalsze prace w Sejmie, ale w tle mamy coś bardzo ludzkiego: jak traktujemy psy i gdzie przebiega granica między „tak się zawsze robiło” a „to już powinno się zmienić”.

Według sondażu IBRIS niemal 70 procent respondentów opowiada się za wznowieniem prac nad przepisami, które wcześniej zostały przyjęte przez parlament, a potem zawetowane przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Co jeszcze ciekawsze, największe poparcie widać wśród mieszkańców wsi. I to jest ten moment, w którym wiele osób przeciera oczy, bo przez długi czas to właśnie „wieś” bywała przedstawiana jako argument za wetem.

„Ustawa łańcuchowa” to potoczna nazwa przepisów dotyczących trzymania psów na uwięzi i ogólnie dobrostanu zwierząt. To temat, który w Polsce wraca falami. Raz głośno, bo pojawia się dramatyczna historia w mediach, innym razem ciszej, bo dyskusja przenosi się do komisji i prawniczych zapisów.

W praktyce spór dotyczy tego, jak uregulować warunki, w jakich pies może przebywać na posesji. Jedni uważają, że bez twardych przepisów nic się nie zmieni, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie tłumaczył zaniedbania „tradycją”. Drudzy boją się, że prawo uderzy rykoszetem w zwykłych ludzi, którzy mają gospodarstwa, podwórka i psy „do pilnowania”, a nie zawsze mają warunki finansowe, żeby z dnia na dzień przebudować wszystko według nowych standardów.

Prezydent Karol Nawrocki zawetował przyjęte wcześniej przepisy. Weto w takich sprawach zawsze działa jak iskra: jedni czują ulgę, inni wściekłość, jeszcze inni pytają, co dalej. I właśnie „co dalej” okazało się w tym sondażu kluczowe.

W badaniu zapytano, czy Sejm powinien zająć się projektem prezydenta, który pojawił się po zawetowaniu pierwotnej ustawy. Odpowiedź „zdecydowanie tak” wskazało 38,3 procent ankietowanych, a „raczej tak” 31,5 procent. Razem daje to 69,8 procent poparcia dla wznowienia prac. Przeciwników jest wyraźnie mniej: 10,8 procent mówi „raczej nie”, a 5,3 procent „zdecydowanie nie”. Reszta nie ma zdania.

To nie jest wynik „na styk”. To jest dość jasny sygnał: ludzie chcą, żeby temat nie wylądował w szufladzie tylko dlatego, że raz poleciało weto.

Najmocniej wybrzmiała jedna rzecz: mieszkańcy wsi okazali się najbardziej „za”. Aż 45 procent odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a 33 procent „raczej tak”. W sumie wychodzi 78 procent poparcia dla tego, żeby Sejm podjął prace. To interesujące, bo przez długi czas to właśnie interesy mieszkańców wsi były wskazywane jako powód, dla którego weto miało być „konieczne”.

Mam wrażenie, że tutaj działa prosta, życiowa logika. Wiele osób na wsi ma psy od zawsze. Nie jako modny dodatek, tylko jako część codzienności. I właśnie dlatego część z nich bardzo dobrze wie, gdzie kończy się normalna opieka, a zaczyna zwykła krzywda. Może też być tak, że mieszkańcy wsi mają dość tego, że ktoś ich wrzuca do jednego worka, jakby wszyscy trzymali psy na krótkim łańcuchu przy budzie. W praktyce w wielu domach to już się zmieniło: są wybiegi, porządne kojce, psy wchodzą do domu, mają opiekę weterynarza. I ludzie chcą, żeby prawo nadążało za tą zmianą.

Z doniesień wynika, że główną kością niezgody były wymogi dotyczące wielkości kojców dla psów. To brzmi technicznie, ale w praktyce chodzi o klasyczny spór: gdzie postawić granicę minimalnych warunków i jak zrobić to tak, żeby było realne do wdrożenia.

Bo z jednej strony – jeśli prawo ma chronić zwierzęta, to musi mieć konkrety. Z drugiej – jeśli te konkrety będą oderwane od rzeczywistości, ludzie zaczną je obchodzić, a część uzna, że państwo znów „wymyśliło coś zza biurka”. Najgorzej jest, kiedy dobrą ideę zabija zła praktyka.

Dalsze procedowanie przepisów nie oznacza, że jutro ktoś będzie chodził po podwórkach z miarką. Najczęściej takie zmiany mają okresy przejściowe, doprecyzowania i poprawki. Ale jedno jest pewne: temat dobrostanu zwierząt już jest na stole i raczej z niego nie zejdzie.

Dla wielu rodzin to może oznaczać konieczność przemyślenia warunków, w jakich przebywa pies. I nie mówię tu o „idealnych standardach z internetu”, tylko o podstawach: czy pies ma ruch, dostęp do wody, schronienie, kontakt z człowiekiem, czy jest traktowany jak żywe stworzenie, a nie alarm na łańcuchu.

W takich sprawach bardzo łatwo o kłótnię: miasto kontra wieś, „obrońcy zwierząt” kontra „właściciele gospodarstw”, polityka kontra emocje. A przecież w środku jest pies, który nie ma żadnego głosu i nie napisze sobie petycji.

Z własnego doświadczenia wiem, że najlepsze rozmowy zaczynają się od prostego pytania, a nie od oskarżenia. Kiedyś zwróciłem komuś uwagę na psa trzymanego cały dzień na krótkiej uwięzi. Gdybym zaczął od krzyku, pewnie skończyłoby się awanturą. Zamiast tego zapytałem, czy pies ma gdzie się schować i czy nie da się zrobić mu dłuższej linki albo małego wybiegu. To nie była magiczna różdżka, ale rozmowa poszła w stronę rozwiązań, nie w stronę urażonej dumy.

I chyba o to chodzi też w przepisach: żeby nie tylko karać, ale żeby wyznaczać standard, który z czasem staje się normalny.

Weto prezydenta Karola Nawrockiego nie zakończyło sprawy. W pewnym sensie je rozpaliło, bo ludzie zaczęli się przyglądać, co dalej. Sondaż pokazuje, że większość chce powrotu do prac nad regulacjami. A najwyższe poparcie na wsi mówi jeszcze coś: Polacy, niezależnie od miejsca zamieszkania, coraz częściej oczekują konkretnych standardów w traktowaniu zwierząt.

Można się spierać o szczegóły zapisów, o metry, o definicje i okresy przejściowe. Ale sygnał społeczny jest dość czytelny: jeśli pies ma żyć przy człowieku, to ma żyć godnie. I to nie jest już tylko „moda” ani „temat dla aktywistów”. To staje się zwykłym oczekiwaniem, które prędzej czy później przełoży się na prawo.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *