
Kiedy przychodzą siarczyste mrozy, temat schronisk wraca jak bumerang. Tylko że zwykle kończy się na kilku wzruszających postach, udostępnieniach i hasłach typu „pomagajmy”. A potem internet leci dalej, bo pojawia się nowa afera, nowy trend, nowe story. Tym razem jednak zrobiło się inaczej, bo Doda weszła w temat tak, jak ona potrafi: głośno, intensywnie i… konkretnie.
Od kilku tygodni artystka mocno angażuje się w pomoc schroniskom w całej Polsce. Chodzi przede wszystkim o zabezpieczenie zwierząt przed mrozem i poprawę warunków ich życia. W praktyce to wcale nie są wielkie, romantyczne akcje z filmów. To są maty termoizolacyjne, ocieplanie bud, karma, transport i logistyka, która przypomina centrum dowodzenia. I właśnie ten element robi wrażenie, bo tu nie ma „ładnej fotki z pieskiem”. Jest robota.
Z relacji Dody wynika, że sama też pojawiła się w schronisku w Celestynowie pod Warszawą. Pomagała w ocieplaniu bud i mówiła o adopcjach tymczasowych, czyli rozwiązaniu, które w zimie jest dla wielu zwierząt naprawdę ratunkiem. Przy okazji uruchomiła też wyzwanie „Hot As Ice Challenge”, zachęcając osoby z show-biznesu do przyłączenia się do pomocy.
I tu warto się na chwilę zatrzymać, bo wbrew pozorom takie „challenge” mogą mieć sens, jeśli stoją za nimi realne działania. Internet działa na emocjach. Ludzie chętniej klikają w rzeczy proste, szybkie, z hasłem i obrazkiem. Jeśli ktoś potrafi przekuć to w transport karmy, mat i sprzętu do schronisk, to nagle z „internetowej zabawy” robi się narzędzie. A narzędzie, jak wiadomo, jest dobre wtedy, kiedy jest używane.
Znam to z życia. Kiedyś w mojej okolicy znajomi zrobili „akcję koc”, bo ktoś wrzucił zdjęcie psów śpiących na betonie w boksach. Wszyscy komentowali, że serce pęka. Dopiero jedna osoba napisała: „Dobra, jutro o 18 pod sklepem zbieramy koce, kto może, niech przyniesie”. I nagle okazało się, że ludzie chcą pomagać, tylko potrzebują prostego sygnału: gdzie, kiedy i co dokładnie. Taki sygnał, gdy ma zasięgi, potrafi zrobić cuda.
Największe poruszenie wywołał jednak kolejny krok Dody. Artystka zapowiedziała, że jest gotowa „oddać” swoje konto na Instagramie firmom, które chcą się promować, pod jednym warunkiem: równowartość standardowego wynagrodzenia za reklamę ma trafić na realną pomoc dla schronisk.
To jest sprytne, bo działa na dwóch poziomach. Po pierwsze, firmy i tak wydają budżety na reklamę. Po drugie, tutaj ten budżet nie idzie „do kieszeni”, tylko w rzeczy, które schroniska potrzebują natychmiast: karmę, budy, materiały do ociepleń, wyposażenie, rzeczy do przetrwania zimy. Doda mówi wprost, że zwykle stawki za dłuższe współprace wizerunkowe zaczynają się od bardzo wysokich kwot, ale w tej akcji chce, żeby ta równowartość została zamieniona w barterową pomoc dla zwierząt.
I właśnie dlatego ten ruch odbił się echem. Bo nie chodzi o to, że ktoś przekazał „coś z serca” raz na jakiś czas. Tu chodzi o oddanie przestrzeni reklamowej, która normalnie jest bardzo cenna, i przełożenie jej na konkretny efekt. Zimno nie czeka. Karma nie pojawia się „za miesiąc”. Budy nie docieplą się same. Liczy się teraz.
Schroniska często nie mają problemu z „dobrym słowem”. One mają problem z rzeczami i logistyką. Wiele osób chce pomóc, tylko nie wie jak. Ktoś kupi karmę, ale nie ma jak dowieźć. Ktoś ma koce, ale nie wie, czy są potrzebne. Ktoś chciałby dać pieniądze, ale boi się, że „nie wiadomo, gdzie to trafi”.
Tu wchodzi przewaga dużych zasięgów i rozpoznawalnej osoby: można zrobić z tego centralę, która zbiera potrzeby i wysyła pomoc tam, gdzie jest pilnie potrzebna. Doda sama mówi, że zaczęło się niewinnie od jednego schroniska, a potem odezwały się kolejne. Kto choć raz pomagał przy jakiejkolwiek akcji charytatywnej, ten wie, jak to wygląda. Pomagasz jednej osobie, a nagle okazuje się, że obok jest dziesięć kolejnych, o których nikt nie mówił.
Najfajniejsze w tej historii jest to, że ona nie dotyczy tylko celebrytów. To jest też przypomnienie, że pomoc schroniskom nie zawsze oznacza wielkie pieniądze. Czasem najważniejsze są proste rzeczy: dom tymczasowy na kilka tygodni, dowiezienie paczki karmy, udostępnienie zbiórki, kupienie mat izolacyjnych, które faktycznie chronią przed zimnem. Wiele schronisk nie potrzebuje „ładnych gadżetów”, tylko rzeczy użytkowych, które zużywają się codziennie.
I jeszcze jedna ważna sprawa: adopcja tymczasowa. To brzmi poważnie, ale często jest to najlepszy test dla osób, które myślą o zwierzaku, a boją się zobowiązania na lata. Zimą taki dom tymczasowy potrafi uratować zdrowie, a czasem i życie. A jeśli ktoś nie może przyjąć zwierzaka, zawsze może pomóc w inny sposób, chociażby organizacyjnie. Bo schroniska często toną nie tylko w potrzebach, ale też w braku rąk do pracy.
W świecie, w którym Instagram jest walutą, oddanie go „za darmo” w szczytnym celu wymaga czegoś więcej niż dobrych chęci. Wymaga decyzji: rezygnuję z zarobku tu i teraz, żeby pieniądze poszły tam, gdzie są potrzebne. I niezależnie od tego, czy ktoś lubi Dodę, czy nie, taki mechanizm działa. A jeśli zadziała na dużą skalę, to być może stanie się wzorem dla innych znanych osób.
Bo czasem jedna akcja robi więcej niż sto apeli. Zwłaszcza wtedy, gdy za słowami idzie transport, materiały i konkretne wsparcie. I właśnie dlatego ta historia tak mocno siedzi w głowie: bo pokazuje, że zasięgi mogą być czymś więcej niż tylko narzędziem do promocji. Mogą być narzędziem do ratowania.